Animacja „Echa”, opowiadająca o stracie i pamięci oraz inspirowana przymusowym wysiedleniem Łemków w 1947 roku, znalazła się wśród najlepszych animacji w Polsce. Film został pokazany w głównym konkursie Polskich Filmów Animowanych podczas prestiżowego Międzynarodowego Festiwalu Filmów Animowanych ANIMATOR, który odbył się w pierwszej połowie lipca 2026 roku w Poznaniu. Autorką animacji jest Joanna Fuczko, łemkowska interdyscyplinarna artystka z Zielonej Góry.
Joanna Fuczko (ur. 1993) zajmuje się grafiką, wideo, ilustracją oraz filmem animowanym. Mieszka i tworzy w Zielonej Górze. Brała udział w wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce, m.in. w Warszawie, Toruniu, Poznaniu i Wrocławiu, a także za granicą, m.in. w Niemczech i na Tajwanie. Tematy tożsamości kulturowej, powrotu do korzeni oraz tradycji traktuje jako punkt wyjścia do pracy w mediach współczesnych, takich jak film animowany, wideo i ilustracja. Od 2018 roku jest współzałożycielką i członkinią zespołu PRABABA, który czerpie ze słowiańskiej tradycji muzycznej, prezentując ją we współczesnych folkowych aranżacjach.
Film „Echa” zakwalifikował się również do kolejnego konkursu. Zostanie zaprezentowany podczas Solanin Film Festiwalu, ogólnopolskiego festiwalu filmów niezależnych w Nowej Soli, który odbędzie się w dniach 18-23 sierpnia 2026 roku. Gratulujemy!
Natalia Małecka-Nowak: Zacznijmy od podstaw, bo dla wielu naszych czytelników, to będzie pierwsze spotkanie z Twoją twórczością. Skąd pochodzisz i jak to się stało, że akurat grafika i animacja?
Joanna Fuczko: Wychowałam się na Dolnym Śląsku śląsku w okolicach Lubina, w miejscowości Szklary Górne. Wyjechałam na studia do Zielonej Góry, tam pracuję prowadząc pracownię Podstaw Grafiki Projektowej oraz przedmioty związane z animacją. na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Zielonogórskiego.
Zawsze najbardziej naturalne było dla mnie poruszanie się pomiędzy różnymi dziedzinami sztuki. Grafika pozwala mi myśleć obrazem, symbolem i znakiem, natomiast animacja daje możliwość połączenia wielu środków wyrazu – obrazu, ruchu, dźwięku i różnych technik plastycznych. To medium otwarte na eksperyment i budowanie narracji, co jest mi szczególnie bliskie ze względu na moją interdyscyplinarną praktykę. Nie zaczynam od wyboru techniki, ale od potrzeby opowiedzenia, zbadania tematu i znalezienia dla niego właściwej formy.
Mieszkasz i pracujesz w Zielonej Górze, uczysz na uniwersytecie. To dość daleko od Łemkowyny. Czy odległość geograficzna coś zmienia w sposobie w jaki myślisz o łemkowskości – łatwiej z dystansu, czy trudniej?
Joanna Fuczko: W Zielonej Górze mieszkam od 14 lat, czuję, że jest to miejsce, które mogę nazwać domem. Nawiązałam tu sopro więzi i tutaj toczy się moje życie. Paradoksalnie dystans od Łemkowyny pomógł mi spojrzeć na własne korzenie z większą uważnością. Nie próbuję odtworzyć świata, którego sama nie znałam. Bardziej interesuje mnie to, w jaki sposób ta historia nadal działa w kolejnych pokoleniach i jak wpływa na poczucie tożsamości.

W Twojej rodzinie łemkowskość jest czymś, co funkcjonuje otwarcie, czy raczej czymś, co trzeba było samemu odkryć i wyciągnąć z dorosłych?
Ja i moje rodzeństwo od zawsze wiedzieliśmy skąd pochodzą nasi dziadkowie. W moim domu rodzinnym mówiliśmy po polsku, ale w domach dziadków, na większych uroczystościach rodzinnych, szczególnie weselach, pojawiał się język łemkowski. Nie był to jednak temat szeroko omawiany, pamiętam też, że rodzice raczej nie namawiali nas do afiszowania się ze szczegółami naszego pochodzenia np. w szkole. Dziś wiem, że próbowali nas uchronić przed negatywnymi doświadczeniami i niezrozumieniem, którego sami doświadczyli.
Jako już dorosła osoba starałam się dowiedzieć więcej o życiu Łemków przed wysiedleniami, czytałam Reinfussa, poznałam twórczość Nikifora Krynickiego, szperałam w dostępnych nagraniach terenowych i dokumentach. Do odkrycia pozostało jednak to, co ta tożsamość oznacza dla mnie, jako człowieka, kobiety i artystki. I mam poczucie, że to pytanie nadal pozostaje otwarte. Właściwie większość mojej twórczości jest próbą szukania kolejnych odpowiedzi.
Kiedy pierwszy raz pomyślałaś, że łemkowskie korzenie to nie tylko sprawa prywatna, rodzinna, ale też temat, który chcesz przenieść do swojej sztuki?
To nie był jeden konkretny moment, raczej długi proces. Z czasem zrozumiałam, że nie zadaję pytań wyłącznie o łemkowską tożsamość ani tylko o własną historię. To są pytania o pamięć, dziedziczenie i o to, co z przeszłości zostaje w nas, nawet jeśli nie zawsze potrafimy to nazwać.
Na pewno bardzo ważnym momentem była śmierć mojej babci. Wtedy dotarło do mnie, że bezpowrotnie straciłam możliwość zadania jej wielu ważnych pytań. Poczułam też, że zostało przerwane jakieś bardzo osobiste połączenie z łemkowską kulturą – takie, którego nie da się już odbudować w tej samej formie. Myślę, że właśnie wtedy temat tożsamości zaczął coraz wyraźniej pojawiać się w moich pracach.
Nie interesuje mnie jednak ilustrowanie historii ani wierne odtwarzanie tradycji. Znacznie bardziej fascynuje mnie to, co dzieje się pomiędzy – pamięcią a teraźniejszością, językami, kulturami i doświadczeniami.
Staram się budować własną opowieść, nadawać nowe znaczenia rytuałom, przedmiotom i wspomnieniom, które odziedziczyłam. Jeśli moje prace poruszają innych, to chyba właśnie dlatego, że wychodzą z czegoś bardzo osobistego, ale jednocześnie zostawiają przestrzeń, żeby każdy mógł odnaleźć w nich także własną historię.
Zajmujesz się jednocześnie ilustracją, animacją, grafiką warsztatową i muzyką. Czy to są dla Ciebie równorzędne języki, czy jest jeden, w którym czujesz się najbardziej u siebie?
W moim odczuciu poruszanie się pomiędzy różnymi dyscyplinami daje bardzo dużo wolności. Szukam zwykle medium, które pozwala mi możliwe najlepiej opisać to, co w danym momencie staram się uchwycić. Nie zaczynam od pytania, w jakim medium chcę pracować, tylko od tego, co chcę przekazać.
Każde z mediów staje się dla mnie naturalne – swoje, jeśli wynika z autentycznej, szczerej potrzeby wyrażenia określonego doświadczenia czy emocji. Dlatego nie czuję, że muszę wybierać ani ograniczać się do jednej dyscypliny. Każda nowa technika otwiera przede mną inny sposób myślenia i pozwala dostrzec w tym samym temacie coś, czego wcześniej nie widziałam. Lubię ten moment, kiedy forma nie jest z góry ustalona, ale rodzi się równolegle z procesem odkrywania.
Czy zdarzyło Ci się, że jakiś konkretny przedmiot, zdjęcie albo wspomnienie z dzieciństwa uruchomiło potrzebę zrobienia czegoś na ten temat – coś, co można by nazwać punktem zapalnym/inicjującym?
Tak. Pierwszą pracą odnoszącą się do moich łemkowskich korzeni był „Miód Babci” – niewielki obiekt zrealizowany jeszcze podczas studiów. Składał się ze słoika miodu przykrytego chustą mojej babci, ustawionego na surowym drewnianym cokole, z małym krzyżykiem umieszczonym na wieczku. Towarzyszyło mu nagranie kolędy, którą śpiewałam po łemkowsku.
Inspiracją stał się gest wykonywany przez moją babcię Fotię podczas świąt. Kreśliła ona miodem znak krzyża na czołach domowników, życząc im w ten sposób obfitości i słodkiego życia. Przez wiele lat byłam przekonana, że taki zwyczaj praktykuje się w każdym polskim domu. Podobnie myślałam o obrzędzie mycia twarzy w wodzie z miski, w której znajdowały się drobne monety. Dopiero później, od mamy, dowiedziałam się, że te rytuały mają swoje łemkowskie korzenie.
Bardzo poruszył mnie gest krzyża i miodu – taki prosty, a jednocześnie pełen czułości i troski. Zaczęłam myśleć o nim jak o czymś więcej niż tylko świątecznym zwyczaju. Stał się dla mnie symbolem pamięci, opieki i przekazywania czegoś dalej. Pomyślałam, że mogę ten gest przenieść do swojej pracy, przenosząc tę tradycję, a może raczej pamięć o niej, w obszar sztuki i nadając jej nową formę.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że motyw miodu zostanie ze mną na wiele lat. W kolejnych realizacjach wracałam do niego odkrywając w nim nowe znaczenia.

Gdybyś miała w kilku zdaniach wytłumaczyć komuś zupełnie z zewnątrz, czym jest dla Ciebie bycie Łemkinią, nie sięgając po definicje z podręcznika – jak byś to ujęła?
Słownikowa definicja zapewne uwzględniałaby doświadczenie wysiedlenia, określone terytorium, język, kulturę czy religię. W moim osobistym doświadczeniu nie mogę bezpośrednio identyfikować się ze wszystkimi tymi elementami. Urodziłam się po akcji „Wisła”. Moja rodzina pochodziła z terenów Łemkowyny – między innymi z miejscowości Czyrna, Berest i Bogusza, ale ja sama urodziłam się już poza tym regionem. Rozumiem język łemkowski, znam wiele pieśni, ale nie posługuję się językiem na co dzień.
Czuję jednak, że ta historia jest częścią mojej tożsamości, mimo, że należę już do trochę innej rzeczywistości. Właśnie z tej niejednoznacznej bycia pozycji pomiędzy zrodziła się potrzeba badania własnej tożsamości – potomkini Łemków, jako zjawiska nieustannie zmieniającego się i dryfującego pomiędzy tym co było, a tym co jest. Czegoś nigdy nieokreślonego raz na zawsze. Możliwość łagodnej eksploracji tego stanu daje mi sztuka.
Wielu naszych czytelników zna Łemkowynę od urodzenia, mówi łemkowskim językiem na co dzień. Opisujesz swoją relację z językiem jako coś bardziej łamanego, odtwarzanego z pamięci. Czy czujesz się przez to jakoś wykluczona, niepełna czy może jeszcze coś innego?
Z jednej strony rozumiem i pamiętam wiele słów, znam pieśni i rozpoznaję brzmienie języka. Z drugiej wiem, że nie posługuję się nim na co dzień i nie mam doświadczenia osób, które wychowały się w środowisku, gdzie był on obecny każdego dnia.
Nie odbieram tego jednak jako powodu do wstydu. To po prostu moje doświadczenie. Właśnie dlatego w moich pracach często pojawiają się pojedyncze słowa, fragmenty, urywki pieśni czy zapis fonetyczny. Nie próbuję udawać pełnej znajomości języka, ale pokazuję pamięć o nim. Myślę, że pamięć również może być formą obecności, nawet jeśli jest niepełna.
Sam język jest dla mnie niezwykle ciekawym i inspirującym tematem. Fascynuje mnie jego płynność, różnorodność i to, w jaki sposób buduje więzi oraz tworzy małe wspólnoty. Na przykładzie Łemkowyny bardzo dobrze widać, jak działa ten proces. Nawet miejscowości oddalone od siebie zaledwie o kilka kilometrów potrafią różnić się językowo – w jednej słychać silniejsze wpływy polskie, w innej słowackie czy węgierskie. W efekcie te same przedmioty albo zjawiska mają różne nazwy, zależnie od tego, z której wsi pochodzą. Język pozostaje żywym, ewoluującym tworem otwartym na wpływy i przenikanie.
Podobne zjawiska obserwuję w pieśniach, które występnują w różnych wariantach i przemieszczają się między wsiami, regionami czy nawet między kulturami. Jest to dla mnie dowód na to, że granice nie zawsze są wyraźne i stałe, a w efekcie tego przenikania, powstają rzeczy piękne i wartościowe, nawet jeśli wymykają się jednoznacznej klasyfikacji. Jest to dla mnie zjawisko piękne i inspirujące.
Równie poruszające jest dla mnie to, że mimo tej różnorodności oraz historii wysiedleń i rozproszenia łemkowskiej społeczności język przetrwał. Nadal żyje, wciąż jest używany i przekazywany kolejnym pokoleniom. Myślę, że język ma ogromną siłę – jest nie tylko nośnikiem pamięci i tożsamości, ale także sposobem opisywania rzeczywistości. To właśnie poprzez język możemy lepiej zrozumieć przeszłość i sposób, w jaki dawniej postrzegano świat.
Czy masz obawy o reakcję ze strony samej społeczności łemkowskiej – że ktoś powie to nie tak, to nie nasze, a u nas było inaczej?
Czuję, że opowiadam przede wszystkim o własnym doświadczeniu. Nie próbuję mówić głosem całej społeczności ani przedstawiać jednej opowieści o Łemkach. Moje prace są bardzo osobistymi próbami zrozumienia własnej tożsamości – złożonej z wielu warstw, które czasem wzajemnie się uzupełniają, a czasem pozostają ze sobą w napięciu. Łemkowskie korzenie są jedną z tych najważniejszych warstw. Niosą trudną historię, ale też piękną, żywą kulturę, która pozostaje dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji. Mam świadomość, że inni mogą przeżywać tę historię zupełnie inaczej, i uważam, że to naturalne. Nie ma jednego właściwego sposobu doświadczania własnej tożsamości.

Współtworzysz zespół PRABABA, grający też pieśni spoza kultury łemkowskiej – bałkańskie, ukraińskie, łotewskie. Co z tych innych tradycji wydaje się bliskie temu, co znasz z domu?
W moim odczuciu wszystkie pieśni tradycyjne mają w sobie pewien wspólny pierwiastek. Choć różnią się językiem, melodią i miejscem pochodzenia, wyrastają z podobnych ludzkich doświadczeń – miłości, tęsknoty, pracy, straty czy radości. Myślę, że poruszają mnie właśnie dlatego, że są tak szczere. Opowiadają o życiu przeżywanym blisko natury i drugiego człowieka, o sprawach uniwersalnych, które mimo upływu czasu pozostają zaskakująco aktualne.
Myślę, że moja fascynacja muzyką tradycyjną ma swoje źródło we wczesnych wspomnieniach łemkowskich melodii, które słyszałam w domu. Podobnie jak w innych obszarach mojej twórczości nie próbuję ich rekonstruować ani odtwarzać. Interesuje mnie raczej twórczy dialog z tradycją – budowanie czegoś nowego na jej fundamencie, uzupełnianie jej o własną wrażliwość, współczesne brzmienia i osobistą interpretację.
Co byś chciała, żeby ktoś, kto pierwszy raz zobaczy Twoje prace w tym wywiadzie, zapamiętał – nie o technice czy wystawach, ale o Tobie.
Chciałabym, żeby zobaczył przede wszystkim człowieka, który poprzez sztukę próbuje lepiej zrozumieć siebie i świat. Nie tworzę po to, żeby udzielać odpowiedzi, ale żeby stawiać pytania – o pamięć, tożsamość, przynależność i to, co zostaje z historii w kolejnych pokoleniach.
Jeśli moje prace sprawią, że ktoś na chwilę zatrzyma się nad własną historią, przypomni sobie rodzinne opowieści albo zada sobie pytanie o to, co sam nosi w pamięci, będę miała poczucie, że wydarzyło się coś naprawdę ważnego.








