Obiecałam, że napiszę o Watrze, na której byłam. Dawniej trzeba byłoby od razu doprecyzować – ale na której? W górach? Na Obczyźnie? A może jeszcze gdzie indziej? Dawne to były czasy, jak pisał Kuziak. Jeśli o mnie chodzi, mogłam być tylko na Łemkowskiej Watrze na Obczyźnie w Michałowie, organizowanej przez Stowarzyszenie Łemków.
Zaraz, zaraz – już słyszę, jak z ulicy Jagiełły w Gorlicach pokrzykują, że przecież kłamię, bo na Watrze w Żdyni też byłam. Ale po pierwsze – Watra w Żdyni już dawno straciła swój łemkowski charakter, choć nazwą wciąż próbuje się mydlić ludziom oczy. A po drugie – byłam tam z zupełnie innego powodu. Weszłam, załatwiłam, co miałam załatwić, i wyszłam. Całość zajęła mi mniej niż dwie godziny i niemało mnie kosztowała – i nie mówię tu o cenie biletu. Choć mogło się wydawać, że mam nerwy ze stali, wracałam stamtąd przygaszona i poruszona. Ale z czystym sumieniem.
Zostawmy to jednak. Jedźmy na Dolny Śląsk, do Michałowa.
Sama byłam w tym roku zaskoczona. Zdziwiło mnie, że całkiem mi się spodobało… Przez lata, ilekroć myślałam, że trzeba jechać na zachód, od razu mi się odechciewało. Całego tego szykowania, długiej drogi na drugi koniec Polski, płaskich krajobrazów, smutnej i zaniedbanej – choć skądinąd niezwykle ciekawej i zajmującej – niemieckiej architektury, wszechobecnego kurzu i poczucia marazmu. Tym razem było inaczej. Miałam wrażenie, że Michałów w tym roku bawi się w uwodzenie.
Zaczęło się już wiele tygodni wcześniej. Początkowo trochę nieśmiało, incydentalnie, ale było widać, że będzie ciąg dalszy i że ktoś ma na to spójny pomysł. Potem wszystko się rozkręciło – i zaczęło bawić oraz angażować nie tylko mnie. Dziesiątki, setki, a w końcu tysiące reakcji na materiały przygotowywane z myślą o promocji Watry w mediach społecznościowych: posty, rolki, filmiki, relacje, ankiety – nostalgiczne, historyczne, zabawne, informacyjne, słowem: najróżniejsze. Czuć było świeżość, lekkość i młodą energię. Wyszło naprawdę dobrze.
Nie potrafię wymienić z imienia i nazwiska całej ekipy odpowiedzialnej za marketing, ale warto zaznaczyć, że średnia wieku jej członków zapewne nie przekraczała 25 lat. Grupą kierowała Natalia Pelak, dobrze już znana w naszym środowisku specjalistka od PR-u i promocji.
Sama Watra się skończyła, ale jej profil żyje nadal, angażuje odbiorców i już pracuje na przyszły rok.
Piątek zawsze rozkręca się powoli. Upał na watrowisku łagodziła kurtyna wodna, o którą zadbali organizatorzy. Faktem jest, że Michałów podczas Watry nie ma szczęścia do pogody. Jak nie piekielny skwar, to ulewa po kostki, a czasem jedno i drugie naraz. Można więc zrzucić kameralną atmosferę piątku na warunki pogodowe, ale można też zastanowić się, czy po prostu nie należałoby się z tym pogodzić i inaczej pomyśleć o formule całego wydarzenia. Naprawdę mają czego żałować ci, których odstraszył upał, deszcz czy cokolwiek innego i którzy w piątek nie przyszli.
Program był przemyślany i bardzo ciekawy. W kilku miejscach działo się coś równocześnie. W Namiocie Dyskusji debatowano o współczesnym głosie młodego pokolenia – z Darią Kuziak i Oksaną Terefenko-Horoszczak rozmawiał Aleks Madzelan. Damian Nowak promował książkę o Talerhofie, a „spowiadał” go Seweryn Kosowski. Jan Rubicz prowadził z kolei rozmowę z Jerzym Starzyńskim, który opowiadał o wysiedleniach z perspektywy ich bezpośrednich ofiar – autorów wspomnieniowych listów publikowanych pierwotnie w gazecie „Karpacka Ruś”.
W tym samym czasie odbywały się warsztaty kulinarne z Anną Kajfasz, a o pszczołach opowiadał młody pszczelarz Andrzej Przybyło. Na głównej scenie wystąpił cały szereg zespołów: Kyczera, Lastiwoczka, Zoria, Hudacy, Re-Karpaty. Verbunk i Burjan, z powodu deszczu, musieli natomiast przenieść się spod głównej sceny do Namiotu Dyskusji, gdzie zagrali akustycznie dla najwytrwalszej publiczności. Całość prowadziła Anna Rewak – lekko, z charyzmą i pełnym profesjonalizmem.
Tego dnia, zgodnie z tradycją (choć podejmowano próby przeniesienia tej części programu na sobotę) rozpalono również watrę, oficjalnie otwarto wydarzenie i wręczono Nagrodę Nikifora. Tym razem otrzymała ją Stefania Trochanowska – wybitna poetka i niezłomna kobieta, która przez lata dźwigała na swoich barkach ciężar organizacyjny Łemkowyny. Dla tego zespołu poświęciła ogromną część życia rodzinnego, twórczego i osobistego. Było w tym mnóstwo ofiarności i uporu, o których dziś pamięta już niewielu. Bardzo chciałabym kiedyś posłuchać opowieści o tamtych czasach i tamtej działalności właśnie z jej, kobiecej, perspektywy.
Miłą niespodzianką był dyplom dla nas – Ruskiej Bursy i LEM.fm – z okazji 35-lecia reaktywacji Stowarzyszenia i 15-lecia powstania radia. Do dziś nie wiem, kto o tym pomyślał, ale było dla mnie ważne, że ktoś dostrzegł naszą pracę, zanim zdążyliśmy się rozwiązać albo po prostu przestać działać.
Do dziś pamiętam gorzki smak Nagrody Nikifora przyznanej pośmiertnie śp. Bogdanowi Gambalowi, którą przyszło mi wówczas odbierać. Tegoroczny jubileuszowy dyplom także zawieźliśmy na jego grób. Na szczęście ktoś był tam przed nami, paliły się znicze. W poprzednich latach bywało z tym różnie. Zawsze, kiedy jedziemy na zachód, zaglądamy do naszego przyjaciela. Żałujemy, że nie spoczywa w Czarnej.
Za to do łez rozbawiłaby go koszulka, która na stoisku LEM.fm sprzedała się jako pierwsza. To było kolejne zaskoczenie. Byliśmy przekonani, że ktoś się za nią na nas obrazi – podobnie jak niejeden obruszał się wcześniej na radiowy dżingiel „Łemkowie wyszli ze stajni”. A tu proszę: koszulka z napisem „Ciężko żyć na Obczyźnie ;)” – tak, tak, z tym puszczeniem oka na końcu – rozeszła się w całym nakładzie już pierwszego dnia (fraza pochodzi z bardzo tęsknej i melancholijnej pieśni, którą wykonywał przed laty zespół „Łemkowyna”).
„Zachodniacy” pokazali, że mają dystans do siebie i poczucie humoru. Po tylu latach oswoili miejsce, do którego ich wygnano. Czy można mieć im to za złe? Wypominać, że nie wrócili? Dzielić Łemków na lepszych i gorszych? Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek, znając naszą historię, miał moralne prawo ich z tego rozliczać. I właśnie w tym kontekście szczególnie źle brzmią słowa odezwy delegatów na XII Zjazd Zjednoczenia Łemków: „Jesteśmy wdzięczni Przodkom za nasze miejsce na Ziemi – Łemkowszczyznę. Nie zamieniliśmy go na wygnańcze Ziemie Zachodnie”.
Czy tam, na Obczyźnie, naprawdę nie można budować własnej tożsamości? Czy pamięć o wysiedleniu musi oznaczać życie w ciągłym poczuciu tymczasowości? Czy wreszcie – trzecie, czwarte i kolejne pokolenia nie mają prawa próbować się zakorzenić?
Im dłużej byłam w Michałowie, tym mniej retoryczne wydawały mi się te pytania.
Przyznaję, i sama jestem tym zaskoczona, w Michałowie naprawdę może się podobać. Kamieniste drogi, domy rozrzucone pośród lasu. Cisza, spokój, zieleń. Kiedy w sobotni poranek, gdzieś między szóstą a siódmą, spacerowałam boczną dróżką, słońce nieśmiało przedzierało się przez gęstwinę drzew, jakiś ptak (bażant? ktoś wie?) darł się przeraźliwie na cały las, potok spokojnie szemrał, a między liśćmi połyskiwały cerkiewne banie. Nie mogłam uwierzyć, że jestem na tym „przeklętym zachodzie”.
Powoli budziło się też watrowisko. Na wietrze poruszały się kolorowe wstążeczki, rozkładano kolejne stoiska, ktoś już miał sjestę na snopkach słomy. Nawet południowa burza nie była w stanie zepsuć tej sielanki.
Wszystko szło zgodnie z programem, pod czujnym okiem reżyserki tegorocznej Watry – Oksany Terefenko-Horoszczak. Na scenie pojawiły się zespoły dziecięce (dla Lemczatok przygotowano też osobne atrakcje). Zagrała Kapela Samo Południe, premierowo wystąpiła grupa Hrajte!, a prawdziwe show zrobił Vodohray, który z okazji 50-lecia działalności zaprosił do wspólnego występu całą plejadę artystów naszej sceny. Były też zawody sportowe, bicie rekordu w tańczeniu potriasanoj i Chmaropozerania – kto wie, może z tej sympatycznej akcji szybkich randek rzeczywiście wyniknie kiedyś jakieś wesele?
W Namiocie Dyskusji od wczesnego popołudnia było gwarno i tłoczno. Do zdawania matury z języka łemkowskiego zachęcali ci, którzy sami ją wcześniej pisali: Tomasz Bolech, Seweryn Kosowski, Anna Szmajda-Niemasz i Daniel Woźniak. Spotkanie prowadził Andrzej Pecuch. Później o nowych tekstach, tłumaczeniach i nauce języka łemkowskiego online rozmawiała z Oksaną Graban-Lichtańską Olga Starzyńska.
W tym samym bloku odbyła się promocja „Kontekstualnego słownika języka łemkowskiego”. O publikacji opowiadali dr Marta Watral, dr hab. inż. Paweł Małecki, Seweryn Kosowski, autorka tego tekstu oraz – wpadając tylko na chwilę, bo obowiązki ciągnęły ją w stronę sceny – nasza uczona, pod której redakcją słownik się ukazał, dr hab. Olena Duć-Fajfer. Pani profesor musiała się zresztą nieźle nagimnastykować, żeby niemal jednocześnie uczestniczyć w spotkaniu i znaleźć się na scenie podczas uroczystego odczytania listu minister kultury i dziedzictwa narodowego Marty Cienkowskiej. Informował on o wpisaniu języka łemkowskiego na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego jako nośnika tradycji, pamięci i tożsamości Łemków.
O dotychczasowych doświadczeniach Stowarzyszenia Łemków, nowym spojrzeniu na jego działalność i dialogu międzypokoleniowym opowiadali jego członkowie: Andrzej Kopcza, Olena Duć-Fajfer, Eugeniusz Habura, Bohdan Kopcza i Seweryn Kosowski. Rozmowę prowadził Adam Horoszczak.
Szczerze i życzliwie życzę Stowarzyszeniu, żeby z dojrzałością i zrozumieniem przyjęło aktywność grupy młodych ludzi, którzy włączyli się w organizację tegorocznej Watry. Bądźcie dla nich oparciem, służcie radą, przekażcie im swoje know-how – macie przecież ogromne doświadczenie i wiedzę. Nie musicie już wszystkiego brać na siebie. Są nowi, którzy chcą działać. Nie zmarnujcie tego.
A młodym powiedziałabym, żeby przy całym swoim zaraźliwym, szczerym entuzjazmie nie stracili pokory i rzetelności. Żeby mieli odwagę, ale też potrzebę korzystania z doświadczenia i autorytetu tych, którzy zjedli zęby na walce o nasze sprawy.
Nie wróciłam w góry z żadnym objawieniem ani nagłym zachwytem nad Obczyzną. Nie o to chodzi. To słowo opisuje konkretną historyczną prawdę – wygnanie, przemocowe oderwanie od domu, świat, do którego nasi nie pojechali z własnej woli. Ale czy po osiemdziesięciu latach ma ono nadal być kajdanami, które będziemy zakładać na ręce dzieciom i wnukom?
Nie mamy prawa mówić innym, gdzie powinni czuć się u siebie. Nie mamy też prawa mierzyć łemkowskości kilometrami od Żdyni, Binczarowej czy Bartnego. Nie mamy prawa odbierać tożsamości tym, którzy urodzili się w Legnicy, Lubinie, Michałowie czy Wrocławiu, a mimo to nadal chcą mówić po łemkowsku, pisać, bawić się, kłócić i rozpalać własne watry.
Może właśnie o to chodzi w tym naszym nieustannym niesieniu ognia. Nie o to, żeby za wszelką cenę pilnować, by płonął zawsze w tym samym miejscu i dokładnie w ten sam sposób. Tylko żeby nie pozwolić mu zgasnąć.







